Tradycyjna tradycja - Konin 13-15 sierpnia 2010

Tradycyjna tradycja - Konin 13-15 sierpnia 2010

2010-08-13

W tym przypadku przysłówek "tradycyjnie" może być bezkarnie używany wielokrotnie; bo po raz trzeci Arek z Wandą zorganizowali, bo i tym razem zaprosili do gościnnej Wielkopolski i wreszcie, bo po raz kolejny spotkała się niewielka, ale wierna tej właśnie tradycji grupa Guzzistów, która chciała spędzić w swoim towarzystwie dwa dni.

No i tradycyjnie piątek to czas dotarcia na wyznaczone miejsce zbiórki. Tym razem był to zajazd "Nad zalewem" zlokalizowany w podkonińskim Starym Mieście, nieopodal A-2; dotrzeć i trafić nie było więc trudno. Docelowo, (bo w sobotę rano dojechał jeszcze Irek ze Złotowa) było nas jeżeli dobrze liczę 19 osób (11 motocykli). I tradycyjnie górą były Californie; 6 pięknych i każda inna. Obca ideowo motoryzacja reprezentowana była przez produkty amerykańskie (Mariusz z małżonką na HD), niemieckie (kolega Czarka na bondowskim BMW) i japońskie (Henio z Krysią i wnuczkami w Mitsubishi).

Piątkowy wieczór minął spokojnie i delikatnie alkoholowo; jutro czekał nas przecież dzień z atrakcjami zorganizowanymi przez Arka; znając jego pomysłowość trzeba było więc zachować sporo sił. Sobotni ranek nie zwiastował dobrego motocyklowo dnia. Około 6 zerwała się wichura, z nieba lały się potoki wody. Szaro i mokro. Ale gdzieś tak w porze śniadania zaczęło się przejaśniać, już nie padało i zanim dojechaliśmy do pierwszego przystanku, na niebie świeciło już piękne słońce. A była nim niewielka wioska o nazwie Russów, w której to w roku 1889 urodziła się i spędziła dzieciństwo autorka min. "Nocy i dni", Maria Dąbrowska. Na miejscu czekała już na nas przewodniczka i potoczyła się ciekawa opowieść o pewnie dla części z nas dotychczas nieznanej, ale ciekawej postaci pisarki. Pobyt w Russowie zakończyliśmy zwiedzaniem niewielkiego skansenu wsi wielkopolskiej, który znajduje się w otaczającym dworek przepięknym, starym parku.

Jedziemy do Kalisza. W Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej czeka na nas kolejny przewodnik - Człowiek w Czarnej Koszulce z Napisem o Tradycyjnej Przyjaźni Polsko-Celtyckiej i Głęboko Wierzący w to, że Tradycyjna Calisia z Map Klaudiusza Ptolemeusza to Właśnie Dzisiejszy Kalisz. Zwiedzamy ekspozycję traktującą o najstarszych znalezionych śladach osadnictwa na tym terenie. Tematem przewodnim są Celtowie i bursztyn. Po około godzinie ruszamy dalej. Przejazd w kolumnie przez miasto, krótkie zwiedzanie kolegiaty pw. Wniebowzięcia NMP i już parkujemy nasze motocykle na Zawodziu. To miejsce pierwszej lokacji grodu nad Prosną. W okresie rozbicia dzielnicowego jego kluczową rolę w tej części Wielkopolski wykorzystywali do realizacji swych celów różni książęta. Kilkakrotnie pełnił on nawet funkcję stolicy czasowo istniejących księstw. Z tego też okresu pochodzą pozostałości romańskiej kolegiaty p.w. św. Pawła, wzniesionej około 1155 r. z fundacji księcia Mieszka III Starego. Jesienią 1233 r. Kalisz będący głównym ośrodkiem obronnym ziemi kaliskiej i składający się z kilku osad skupionych wokół centralnie położonego grodu na Zawodziu, został zdobyty przez wojska księcia śląskiego Henryka Brodatego i odłączony od dotychczasowej dzielnicy wielkopolskiej. Od tego też momentu datuje się nowy okres w dziejach miasta, ponieważ książę Henryk nie wyremontował znacznie zniszczonego w trakcie walk grodu, lecz zbudował nowy. Ulokowany on został na obszarze dotychczas nie zasiedlonym. Na płaskiej, piaszczystej wyspie położonej wśród rozlewisk Prosny i oddalonej około 1 km na północ od starego grodu na Zawodziu. Jego przeniesienie w nowe miejsce spowodowane było nie tylko wspomnianymi zniszczeniami wojennymi, lecz także przypuszczalnym przesunięciem się koryta rzeki Prosny, która w ten sposób "odsłoniła" go z jednej strony, pozbawiając naturalnego elementu obronnego. W pobliżu nowego grodu wkrótce powstała nieobronna osada rzemieślniczo-targowa, a zajęte przez księcia śląskiego tereny niebawem wróciły do swej macierzystej dzielnicy i ponownie znalazły się we władaniu książąt wielkopolskich.

Późnym popołudniem opuszczamy gościnny Kalisz. Jeszcze tylko obiad w przydrożnym "Bursztynowym Dworze" (doskonałe jadło, dania główne po 12 złotych) i wracamy. Ale nie tak od razu na kwaterę. Pada pomysł kawy i lodów na rynku w Koninie. Dokładnie tak samo sennym i cichym jak rok temu i z tradycyjnie (znów to magiczne słowo) już nieogarniętym kelnerem. Po powrocie ogarnia nas lekki niepokój o dalszą część dnia, a właściwie nocy; w restauracjach na dole naszego zajazdu odbywają się dwie imprezy - wesele i 18-tka. Może być gorąco i głośno. Ale na rozwój wydarzeń poczekamy sobie przy grillu i piwku. I jak to zwykle w takich sytuacjach, przy biesiadnym stole toczą się opowieści o tych odbytych i planowanych wyprawach. Kończymy późno w nocy, mając nadzieję na trochę snu przy bębniącej muzyce.

Niedzielny poranek wita nas upałem i duchotą. Nieciekawa pogoda na podróż. Ale po sutym śniadaniu, kilku wypitych kawach, gorących pożegnaniach, ruszamy powoli do domów. I pewnie zastanawiamy się, czy tradycja zostanie podtrzymana :)

Arku, Wando - dzięki.

mada